Sprzeczne informacje docierające z Kremla.
Z jednej strony Rosjanie zapewniają, że wycofują wojska z Gruzji, z drugiej zaś twierdzą, że sytuacja jest niestabilna i jest za wcześnie na odwrót...
Parafując porozumienie o rozejmie, Rosja przyrzekła, że szybko wycofa wszystkie siły z Gruzji. Wczoraj żurnaliści zapytali wiceszefa sztabu gen. Anatolija Nogowicyna, kiedy to nastąpi: - Precyzyjnie to ja mogę powiedzieć, kiedy wypadnie Nowy Rok. Ale nie kiedy zakończymy operację.
Poprzednio rosyjscy sztabowcy zakomunikowali, że wycofują stopniowo wojska zgruzińskiego miasta Gori blisko granicy z separatystyczną Południową Osetią, od której rozpoczęła się wojna. - To nie wycofanie, ale przesunięcie armii do Południowej Osetii. Sytuacja jest zbyt niestabilna, aby zarządzać całkowity odwrót -wyjaśniał gen. Nogowicyn. Gruzini i Amerykanie komunikowali, że do tej pory nie zauważyli żadnych oznak rosyjskiej ewakuacji z Gori.
Kreml wciąż rozkoszuje się zwycięstwem nad Gruzją i jej prezydentem Micheilem Saakaszwilim. - Jeżeli ktokolwiek myśli, że może zabijać naszych mieszkańców, a później uciec bez sankcji, to jest w błędzie. Jeżeli znów pozwoli sobie na coś takiego, to jest zobligowany liczyć się z miażdżącą reakcją - groził wczoraj prezydent Dmitrij Miedwiediew. Nazwał aktualne władze Gruzji potworami.
Saakaszwili wystąpił za to z orędziem - jak na niego - wielce ugodowym wobec Kremla. Dotąd, jak opowiadał o Rosjanach, określał ich najeźdźcami i barbarzyńcami. Wczoraj żądał wycofania rosyjskich wojsk, ale wzywał też do dyskusji. - Zacznijmy wspólnie zastanawiać się nad tym, co zrobić, by nie doszło do definitywnego rozwodu pomiędzy naszymi państwami oraz nieporozumień pomiędzy przyszłymi pokoleniami Gruzinów i Rosjan - opowiadał Saakaszwili. Stolica Rosji przyjęła ten apel lodowato i błyskawicznie obwiniła Tbilisi o zerwanie dyskusji odnośnie wymiany jeńców wojennych.
Rosjanie najwidoczniej nie zamierzają wyrzec się całkowitej kontroli nad Południową Osetią, choć w sobotę prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush twardo opowiadał, że Abchazja i Osetia "muszą pozostać częścią Gruzji". Stolica Rosji zgadza się na zwiększenie grupy obserwatorów pokojowych OBWE, ale już teraz zakłóca powołanie internacjonalnych sił pokojowych. - Nie chcemy tu żadnych zagranicznych wojsk poza rosyjskimi. Zwrócimy się do Moskwy, by zbudowała u nas nową rosyjską bazę wojskową - zakomunikował wczoraj w pełni zależny od Kremla prezydent samozwańczej Południowej Osetii Eduard Kokojty. A rosyjski MSZ zawczasu zastrzegał, że to Osetyjczycy mają ostatnie słowo w sprawie sił pokojowych.
Zdaniem informatorów "New York Timesa" Rosjanie zaczęli też rozmieszczać w Południowej Osetii rakiety balistyczne Toczka (SS-21) mogące przenosić m.in. głowice atomowe czy chemiczne. W ich zasięgu jest Tbilisi.
Stolica Rosji przypuściła też atak przed dzisiejszym nadzwyczajnym spotkaniem NATO w Brukseli, oczekując na rozłamy w Sojuszu. Rosyjski ambasador przy NATO Dmitrij Rogozin ostrzegł wczoraj, że jeżeli ministrowie Sojuszu nie przyjmą "zrównoważonej" oceny tego, co się stało w Gruzji, ucierpią na tym stosunki Paktu z jego państwem.
Zanosi się jednakże na to, że Sojusz ostro skrytykuje rosyjską interwencję w Gruzji, zapewni Tbilisi o swym wsparciu i powtórzy obietnicę z wiosny przyszłego członkostwa tego państwa w NATO. W niedzielę w Tbilisi mówiła o tym niemiecka kanclerz Angela Merkel.
Maciek